W dzisiejszym wpisie rozwinę temat programów wymiany
kulturowej, dzięki którym można odbyć podróż za ocean :) Organizatorów takich wyjazdów
jest wielu. W każdym większym mieście można jakiegoś znaleźć. Dlaczego zatem
zdecydowałam się na Camp America?
Przede wszystkim dlatego, że płacę niewielkie pieniądze w
porównaniu do innych programów Work&Travel.
Dla osób jadących pierwszy raz dokładnie takie:
I rata 299 zł
II rata 199 zł
III rata 1985 zł
Razem 2483 zł + wiza 160$.
Czyli płacę około 3000 PLN i nie martwię się już niczym. CA załatwia wszystko :) Ta cena zawiera loty w
dwie strony, transfer do miejsca pracy – a w związku z tym, że pracuje się na
campie, to kwestie przeżycia (zakwaterowanie i wyżywienie) też ma się z głowy.
Aha, zapomniałam o ubezpieczeniu – oczywiście to też jest zagwarantowane na
cały pobyt. Wszystko ładnie, pięknie i jeszcze dostaje się wypłatę na koniec! No
dobra, tu trochę przesadziłam, ciężko nazwać to wypłatą :) Oficjalna nazwa to pocket money, które wynosi 1200$ za cały
kontrakt trwający do 9 tygodni. Szału nie ma, ale trzeba sobie wbić do głowy,
że nie jedzie się tam dla kasy. Ja sobie powiedziałam, że jadę na SUPER WAKACJE
po taniości. Jeśli chce się wrócić z worem pieniędzy, to się jedzie do pracy
sezonowej gdzieś w Europie…
…albo na typowy program W&T. Przy intensywnej pracy
można przywieźć do Polski około 10 000 zł. Brzmi dużo lepiej, niż oferta Camp America. Ale wyjazd jest dużo droższy.
Podaję ceny znalezione na stronie jednej z organizacji:
I rata 850 zł
II rata 985 $ (ok. 3365 zł przy kursie 3,6)
Razem 4215 zł + wiza 160$ … + przeloty + transfer do miejsca
pracy + zakwaterowanie + wyżywienie...
Szacuję, że około 7000 PLN trzeba wyłożyć. I jeszcze $$,
żeby przeżyć na początku. Zwykle sponsor
wymaga zabrania ok. 1000 $. Przyznam szczerze, że zastanawiałam się nad tą opcją, gdyż
bardzo nie chciałam po raz kolejny pracować za
darmo. Ale niestety, zbyt duże koszty. Można je oczywiście rozłożyć na raty
czy spłacić po powrocie. Ale wizja przywiezienia większych pieniążków tylko po
to, żeby je zaraz oddać, jakoś do mnie nie przemawia. Jeśli jednak ktoś ma na zbyciu parę tysięcy więcej i nie musi się zapożyczać, to na pewno warto rozważyć tę opcję.
Pozostając w temacie kosztów, wspomnę o dodatkowo płatnych kwestiach, jakie się pojawią po drodze:
uzyskanie zaświadczenia o niekaralności (obecnie 30 zł)
zdjęcia wizowe
przesyłki pocztowe/kurierskie
dojazdy na spotkanie wizowe, orientation, lotnisko (chyba, że jest się szczęściarzem z Warszawy i ma wszystko na miejscu :) )
Trochę się tego uzbierało, ale jak dla mnie to i tak najlepsza opcja wyjazdu do USA. Wszelkie wycieczki są dużo droższe i trwają tylko dwa tygodnie :)
Następny post będzie o procesie aplikacyjnym,
xoxo
dadzia :)